otrzymało się od życia wiele wspaniałych chwil, tudzież się je pożyczyło. każda jedna rzecz bądź cokolwiek innego kosztuje...
życie wystawia rachunki każdemu, więc i ja muszę uregulować swój.
co mnie kosztuje to wszystko?
ponad pół roku euforii, sześć miesięcy radości, dwadzieścia sześć tygodni szczęścia, sto osiemdziesiąt dwa dni rozkoszy.
gdy roślina traci opiekuna, który ją podlewał, a stoi w domu, to wysycha, obumiera, każda kolejna jej komórka traci życie, jedna po drugiej, coraz wolniej i wolniej, aż do ostatniej, a potem... nie ma już nic...
myśl jest, jest też akceptacja.
pomysłów wiele, żaden dostatecznie dobry, by zrealizować, mimo, że wraz z akceptacją doszło, że główna idea jest absurdalna i nieetyczna, jak pomysł aborcji czy kary śmierci...
bo w sumie centrum jest takie samo...
dziś realizacja nie sprawia żadnych prawie problemów, oprócz jednego: odwagi.
przyszła myśl o śmiertelnej chorobie, na którą chorowanie jest prawdopodobne, i doszło się do wniosku, że chyba tak najlepiej odwdzięczę się losowi za to, co bezpowrotnie straciłam...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz